<Kora nie wybuchłaby śmiechem gdyby usłyszała coś takiego co powiedział Sanito>
Gdy skończyłam się śmiać, uśmiechnęłam się blado do Sanita.
- Jak chcesz - rzuciłam - mogę mówić tak jak Ty. Cicho, obojętnie i gburowato.
Wstałam i machnęłam ogonem.
- Idziesz? - spytałam miło.
- Gdzie? - odparł cicho, nawet na mnie nie patrząc.
- Nie wiem - przedrzeźniałam go.
Spojrzał na mnie kątem oka. Mruknął coś, czego nie słyszałam, ale wstał i ruszył razem ze mną naprzód. Poszliśmy w stronę gór. Nuciłam sobie pod nosem piosenkę i od czasu do czasu rozglądałam się dookoła. Sanito milczał, powłóczył tylko nogami i szedł ze zwieszonym łbem. Gdy wyszliśmy na dużą polanę, uśmiechnęłam się i powiedziałam:
- I jak? Podoba się wycieczka?
- Podoba to za dużo powiedziane - burknął.
Zaśmiałam się.
- Naprawdę nie wiem dlaczego Cię lubię - oznajmiłam wesoło - ale jednak tak jest.
- Ta... - przeciągnął słowo pies.
Szturchnęłam go lekko w geście przyjacielskości. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie zrozumiesz czemu to zrobiłam - zaczęłam i wbiłam wzrok w niebo, podnosząc głowę do góry - ale nie był to obraźliwy gest. Lubię Cię.
<Sanito?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz