(Wybacz, że tak długo ;( )
Wbiłem wzrok w niebo, całkowicie unikając jej wzroku. Mam dwa wybory: dalej się pałętać bez celu po obcych terenach, bądź poznać je lepiej, z dość dziwną, cieszącą się z życia suczką...
A co mi szkodzi? Raczej nie za szarpie mnie na śmierć.
- Jaasne..,
- Ojej, dzięki! - zapiszczała. - Chodź, tędy!
"Dzięki?", czy to nie ja powinienem dziękować? Sam już nie byłem pewny tego świata...
Przeszliśmy kawałek. Starałem nasiąkać mózg obrazami tych wszystkich miejsc, aby już więcej się nie zgubić. Nawet nie zauważyłem, kiedy Kora zaczęła swoją przemowę:
- W tej części lasu, jest najwięcej zwierzyny. Jeśli kiedykolwiek byłbyś głodny, polecam to miejsce. Lepiej się solidnie napracować przy upolowaniu i zjeść smaczny posiłek, niż pójść na łatwiznę i szperać w brudnych koszach...
Milczałem. Wbiła we mnie wzrok.
- Może jakiś komentarz? - ponagliła.
- Ładnie tu.
Westchnęła i byłem pewny, że oczekiwała czegoś więcej. Szliśmy dalej wijącą się wydeptaną ścieżką, czasem przedzieraliśmy się przez krzewy, jednak w końcu las sie zmienił. Z każdą sekundą ubywało drzew, aż w końcu zniknęły całkowicie, otwierając nam świat na rozległą polanę. Zatrzymałem się na chwilkę aby jej się przyjrzeć. Kora zauważyła to.
- Nieezła coo? - szczeknęła z zachwytem. - Można tutaj biegać, biegać, biegać, biegać i biegać...
Słysząc jej marzycielski ton, można było się domyślić, że suczka ceni sobie dobre wyzwania i adrenalinę. I komu by sie chciało męczyć na czymś takim? Odchrząknęła i mruknęła bardziej swoistym głosem:
- Tu wiele czasu spędzają szczenięta. Las jest dla nich za duży, a na polanie trudno się zgubić..
Ruszyliśmy na skos przez łąkę. Trawa sięgała mi do psych kostek, kilka razy łapa mi się podwinęła i wylądowałem w dole. Byłem pewny, że szczenięta nie marnowały czasu aby je wykopać. Kora turlała się ze śmiechu. Wygrzebałem się na powierzchnie, i obrzuciłem ją spojrzeniem znaczącym " Śmieszne w kość" Kiedy już się ogarnęła, mogliśmy kontynuować nasz spacer.
Z polanki było przejście na jezioro. Zdałem sobie sprawę, że wszędzie tu było zbyt zielono. ZA zielono...
- Wszystko gra? - zapytała Kora widząc moją niechętną minę.
Głośno aczkolwiek cicho (What? XD ) wyraziłem swoje zeznania.
- Za zielono tu.
- Przynajmniej nie żółto.
Wygasłem całkowicie i już się nie odezwałem. Suczka opowiadała coś tam o jeziorze, ale wyłapywałem tylko niektóre słowa: kąpielisko, wodopój...
Podszedłem do wody, i zanurzyłem przednie łapy po kostki. Zimny dreszczyk przeszedł mnie wzdłuż kręgosłupa. Zanurzyłem pysk i pobrałem trochę chłodnej wody, co skutecznie zmniejszyło moją złą reakcję na dzisiejszy upał.
I nagle fala zimnej wody okryła mnie jak pierzyna. Nawet nie drgnąłem. Woda sprawiła, że tak ociekając wyglądałem jak... mokry pies. A raczej jak jakiś kucyk polarny. Mokra oklapła sierść przysłoniła mi oczy. Kora zaśmiewała się do bólu. Stała niedaleko w wodzie po kolana i nie miałem wątpliwości że to ona rozpętała wodną walę. Wyszedłem z wody. Gdy i ona wyszła za mną, w rewanżu wytrzepałem się na nią.
- Ej! - zaprotestowała.
Zignorowałem ją, więc postanowiła zwrócić na mnie swoją uwagę, aby wyrzucić jak jej się nie podoba,
- EKHEM, EKHEM!
- Kaszelek? - spojrzałem na nią kątem oka.
- Baardzo śmieszne - żachnęła się, po czym nagle wybuchnęła śmiechem. Uniosłem brew, kiedy szturchnęła mnie w bok,
- Dobree!
Milczałem wpatrując się w nią. Gdy znów się opanowała, zapytała.
- To co? Dalej?
Milczałem, a ona wzięła to za "TAK".
Szliśmy wzdłuż koryta rzeki. Nie zabierając sobie czasu, na wchłanianie oczu krajobrazem, szybko i sprawnie dotarliśmy do jeszcze bardziej charakterystycznego miejsca. Małe jezioro, lub jak kto woli, staw, o przejrzystej jak lustro wodzie, otaczały rzędy drzew, co wziąłem za kwitnące wiśnie, cechując po różowych... liściach? Kwiatach? W każdym razie były za różowe.
- Co? - zapytała Kora widząc moją minę.
- Za różowo tu.
- Przynajmniej nie tak zielono, jak ci to tak bardzo doskwierało.
Milczałem. Kora zaczęła przemowę.
- Nazywamy to jeziorem Te Amo... - zatrzymała na mnie na chwilkę wzrok, jakbym miał zamiar do czegoś sie przyczepić, po czym kontynuowała. - Romantyczne miejsce, dla zakochanych gołąbeczków...
- Nie widzę tu gołębi.
Rzuciła mi zirytowane spojrzenie.
- Chodzi o psy. Zakochane psy. Chyba wiesz co to jest?
"Ueee". Miłość... Żałosne...
- Więc jeśli kiedykolwiek będziesz miał partnerkę zabierz ją w tę miejsce. Każda suczka by tak chciała.
- To się nie doczeka. Nie będę miał partnerki.
- Każdy tak mówi. W końcu się zakochasz! - zapiszczała.
- Chciałabyś.
Westchnęła.
- Chodźmy dalej.
Wreszcie, odchodząc od jeziorka Barbie, kiedy drzewa znów stały się denerwująco zielone, Kora przystanęła i wskazała ręką na oddalone wzgórze.
- Tam jest Samotne Drzewo. Jest to miejsce dla Alf. Nie jestem jedną z nich więc nie wiem jak tam jest, i co tam się dzieje... Wiem tylko, że znajduje się tam samotna rozległa polanka, gdzie rośnie tylko jedno nieokreślonego rodzaju drzewo...
- Trudno było się domyślić.
Spiorunowała mnie wzrokiem. Wskazała znowu gdzieś łapą.
- Tam znajduje się wodospad. Można tam posiedzieć w spokoju. Nikt cię tam nie zaczepi...
- O, dzięki, to lecę...
Znowu posłała błyskawicę z oczu.
- Jesteś wredny wiesz?
- Wiem.
- I arogancki!
Wzruszyłem ramionami.
- Może.
<Kor? :D >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz