Westchnęłam. Zrozumiałam. Wszystko zepsułam. Gdybym mu wtedy tego nie powiedziała może byłoby wszystko dobrze... Powstrzymując łzy zaczęłam odchodzić.
-Dam Ci już spokój... - powiedziałam. Łamiącego głosu nie udało mi się powstrzymać. -Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał mnie jeszcze zobaczyć będę w jaskini medyków... - po tych słowach zaczęłam biec.
~***~
-Jestem... - powiedziałam do pielęgniarki.
-Coś nie wyglądasz najlepiej... - spojrzała na mnie z troską. -Może się jeszcze przejdź czy coś...
-Nie...
-Idź. I tak nie mamy pacjentów.
Kiwnęłam głową i ruszyłam. Musiałam chociaż się wypłakać... Pobiegłam w pierwsze miejsce, które mi się z nim kojarzyło - do zwalonych drzew. Tym razem udało mi się przeskoczyć nawet te najgrubsze, jednak nie miałam z kim dzielić szczęścia. Co więcej nawet go nie odczuwałam.
Wróciłam do pielęgniarki w jeszcze gorszym stanie.
I tak mijały dni, mijały też noce. Z dnia na dzień przestałam się uśmiechać. Coraz więcej osób potrzebowało pomocy medyczki. Na każde słowo wdzięczności nie odpowiadałam. Wracałam do kąta. Nie miałam na nic ochoty. Jadłam i piłam niezbędne minimum. Wiele osób się o mnie martwiło, na co ja uśmiechałam się słabo i powtarzałam, że nic mi nie jest. Widocznie mało wiarygodnie. Aż do pewnego dnia.
-Taylor, ktoś do ciebie! - usłyszałam donośny głos pielęgniarki.
Westchnęłam tylko i wstałam. Gdy podniosłam wzrok byłam zaskoczona. Stał tam nikt inny, jak terier. TEN terier. W jednej chwili wróciła mi nadzieja. W drugiej ją straciłam. Pewnie przyszedł, żebym go opatrzyła albo coś...
-W czym mogę pomóc? - spytałam zachrypniętym głosem. To właśnie tym głosem obsługiwałam wszystkich pacjentów...
<Max?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz