Leżałem w swoim boksie z łbem na łapach. Miałem uchylone oczy. Wszystkie psy na około szczekały, warczały i ujadały. Chciałem mieć spokój. Warknąłem przeciągle. Wszystkie na raz się uciszyły. Zamknąłem oczy...
Po jakiejś godzinie zaczęły się kolejne walki. Wzięto mnie do klatki przy arenie. Odgoniłem ludzi warknięciem.
-A teraz nasz Mistrz Bosco!- krzyknął organizator i otworzono moją klatkę. Wyszedłem z niej powoli stawiając łapy z głową w dół.
-Zmierzy się z nim.... Felix!- dokrzyknął facet i z klatki naprzeciwko wybiegł leonberger. Warknął. Zmierzyłem go wzrokiem.
-Niech się więc rozpocznie walka!- krzyknął organizator i strzelił w powietrze z pistoletu. Źrenice leonbergera zwężyły się maksymalnie i skoczył na mnie. Jednym ruchem go z siebie zrzuciłem i skoczyłem na niego. Wgryzłem mu się w kark i zatrzasnąłem swe szczęki w śmiertelnym uścisku. Poczułem żelazny smak krwi. Pies zaczął się miotać i szarpać próbując się ode mnie uwolnić. Jednak na nic były jego wysiłki. Jak raz złapałem, to już nie puszczałem. Warknąłem:
-Stałeś się martwy w chwili, w której złapałem cię za kark...- powiedziałem. Pies pode mną warknął:
-Ach tak...?- spojrzał na mnie przekrwionymi oczami i z rozbiegu uderzył całą swoją siła w barierę. Nie puściłem.
-Powodzenia...- wymruczałem. Znów się szarpał. Próbował mnie nawet ugryźć, ale wtedy docisnąłem szczęki do końca skręcając mu kark. Pies zachwiał się i po chwili upadł martwy. Ludzie na widowni przeszedł pomruk. Zszedłem z ciała psa i spojrzałem spode łba na widownię. Wydałem z siebie głuchy pomruk.
-Wygląda na to, że Bosco trzyma swoją pozycję i nie ma zamiaru jej puścić!- krzyknął organizator. Wszedłem jak zwykle utykając do klatki. Z pyska kapała mi krew tamtego psa. Zatrzasnęła się za mną bramka i tunelem przeszedłem z powrotem do swojej klatki. Podszedłem do miski z wodą i napiłem się czyszcząc w ten sposób pysk z krwi. Następnie położyłem się. Po kilkunastu minutach usłyszałem uderzanie w truchcie łap o posadzkę. Dźwięk zatrzymał się przed moim boksem. Otworzyłem do połowy oczy i zmierzyłem przybysza wzrokiem. Była to ruda suka średniej wielkości rasy terier irlandzki. Mogła mieć może cztery lata... (?) Otworzyłem do końca oczy i przyjrzałem się jej dokładniej. To nie była suka do walk. Nie... Nic z tych rzeczy. Ale od razu wyczułem w niej temperament. Nagle spytała:
-Jak cię zwą naprawdę...? Bo wątpię, żebyś na serio nosił imię "Bosco"... Jest właściwie zero szans, że dadzą ci na arenie takie imię jakie nosisz w rzeczywistości.- powiedziała.
-A do czego ci ta informacja...?- wymruczałem.
-Miło, że pytasz. Jestem Omega. Alfa Pack of Characters.- powiedziała udając iż nie słyszała mego pytania.
-Aha... Ja jednak nie pytałem od twoje imię, tylko o to, po co ci moje...- powiedziałem patrząc na nią.
-Jeśli chcesz, możesz do nas dołączyć... Ale raczej wolę znać imiona członków swojej sfory...- powiedziała.
-A czemu miałbym dołączyć...? W sumie nie mam powodów by opuścić TO miejsce...- wzruszyłem ramionami.
-To trochę beznadziejne życie... Ciągle tylko narażanie życia, żeby zapewnić rozrywkę innym... Jak na mnie trochę dennie...- skrzywiła się.
-A ja wiem... Ja nic nie ryzykuję...- znów wzruszyłem ramionami.
-Czyli jak się nazywasz miszczu?- oblizała się, by pokazać mi, że nie chce się wykłócać.
-Chada...- odparłem.
-Chada...?- uniosła brwi.
-Tak, Chada... Coś nie tak...?- przymrużyłem oczy wzdychając.
-Nie, nie. Dlaczego miałoby być coś nie tak?- spytała.
-Nie ważne... Coś jeszcze chciałaś...?- ziewnąłem.
-W sumie, to tylko zaproponować ci członkostwo... Nic więcej.- teraz to ona wzruszyła ramionami. Milczałem.- To dołączysz?- spytała patrząc na mnie.
-A ja wiem... W sumie... Nie mam nic do stracenia... Na walki zawszę mogę przyjść...- skrzywiłem się nieco.- A co w gruncie rzeczy musiałbym robić...?- spytałem.
-Nie wiem. Możesz sobie wybrać jakieś stanowisko.- odparła.
-Zum biespiel...?- spytałem.
-Co?- uniosła jedną brew patrząc na mnie jak na idiotę. Przewróciłem oczami.
-To znaczy "na przykład"...- mruknąłem.
-A... No jasne... Po jakiemu w sumie...?- spojrzała na mnie.
-Po niemiecku.- odparłem. Pokiwała głową.
-Umiesz po niemiecku?- zdziwiła się.
-Tak. A teraz odpowiesz na moje pytanie?- spojrzałem na nią znudzony.
-Tak, tak...- zamyśliła się patrząc na mnie.- No... Ty możesz być... Wojownikiem...? Obrońcą...? Mordercą...?- zaproponowała.
-Morderca mi pasuje...- wzruszyłem ramionami.
-Czyli stoi?- machnęła ogonem.
-Okay... Nic nie mam do stracenia...- wzruszyłem ramionami. Uśmiechnęła się.
-Super. A jak zamierzasz stąd wyjść?- spytała. Mruknąłem tylko pod nosem i wstałem powoli. Wziąłem w zęby drut leżący na ziemi i podważyłem nim cyngiel. Następnie przesunąłem go w lewo. To samo powtórzyłem z drugiej strony i następnie po prostu wyszedłem unosząc nosem klapę do góry. Kiedy już byłem na zewnątrz, zasunąłem z powrotem cyngle nosem i spojrzałem z góry na Omegę.
-Nieźle... Nie myślałam, że to w ogóle da się zrobić...- powiedziała.
-Wystarczy ruszyć szare komórki...- mruknąłem. Przewróciła oczami.
-To był komplement. Za komplementy się dziękuje.- mruknęła.
-Jak mają sens.- odparłem. Mruknęła tylko pod nosem i ruszyła korytarzem. Kiedy doszła do końca, z cienia wyszedł drugi pies jej rasy.
-To jest mój starszy brat, Maxwell.- przedstawiła go. Zmierzyłem psa wzrokiem. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Wyciągnął do mnie łapę.
-Ty jesteś ten Bosco, nie?- spytał.
-Tak... Ale wolę jak mówią do mnie po imieniu...- mruknąłem nie odwzajemniając gestu.
-Czyli?- uniósł brwi.
-Chada.- powiedziałem.
-No spoko.- wzruszył ramionami.- Idziemy, Omega?- spytał. Skinęła głową. Ruszyła przodem, a ja za nią, a obok mnie Maxwell. Szliśmy w ciszy. Na drodze stanęli nam ludzie. Omega chciała skręcić, ale powiedziałem:
-Poco nadkładać drogi...- zmierzyłem ludzi spojrzeniem i warknąłem obnażając kły. Uszli nam z drogi drżąc.- Nie zamierzam się cofać przed kimś tak głupim jak ludzie...- dodałem i ruszyłem dalej. Po chwili Omega znów była z przodu i wyszliśmy na zewnątrz. Odetchnąłem świeżym powietrzem. Szliśmy przez las. Nagle Maxwell spytał:
-Czemu kulejesz? Dali ci popalić na arenie?- zaśmiał się.
-Nie...- odparłem krótko.
-Czyli czemu?- dopytywał.
-Pamiątka...- uciąłem. Już więcej nie pytał.
<Omega? Maxwell?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz