Przygryzłam dolną wargę. Nie wiedziałam czemu położyłam łapę na ramieniu Sanito. A jednak usilnie trzymałam ją w tym samym miejscu. Spojrzałam w oczy Sanita. Były puste. Jakby pies nic nie czuł. Zdjęłam łapę z jego ramienia.
- Jak wolisz - powiedziałam.
Usiadłam do niego bokiem i zaczęłam wpatrywać się w widnokrąg. Brałam bardzo spokojne oddechy. Pies siedział obok mnie jak sparaliżowany. Świerszcze głośno cykały, mogło to doprowadzić do szału. Widziałam jak Sanito porusza uszami. Słychać było rechotanie żab i pękanie gałązek gdzieś w lesie pod naciskiem ciał kopytnych. W pewnym momencie Sanito odezwał się:
- Nie zmienisz mnie. Nie staraj się i daj mi spokój. Nie walcz o moją zmianę.
Spojrzałam na niego lekko oburzonym wzrokiem.
- Słucham? - zapytałam - Nie jestem w Tobie zakochana, jeśli uznam za dobre rozwiązanie dać Ci spokój, to tak się stanie. Ja Cię tylko lubię, a mówisz tak jakbym Cię kochała. A tak nie jest.
Wypuściłam gwałtownie powietrze z nozdrzy i znów odwróciłam od niego łeb.
- A kochasz kogoś? - usłyszałam szept Sanito.
- Nie. Chyba - odparłam.
- Chyba...
- Właśnie chyba... jest taki jeden mój bliski przyjaciel... ale to się pewnie nie uda.
Pies westchnął. Zerknęłam na niego jednym okiem. Wpatrywał się w swoje odbicie w wodzie. Usiadłam obok niego. Blisko niego.
- Sanito... - zaczęłam niepewnie - na pewno jesteś wyjątkowy. Na swój sposób jesteś. A ja to wyjątkowość w Tobie dostrzegłam. Sanito, ja chcę Ci tylko pomóc, nie uciekaj od kogoś kto chce pomóc.
Spojrzałam w jego puste oczy, w których nagle pojawiła się ledwo dostrzegalna iskierka światła księżycowego.
<Sanito?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz