piątek, 9 stycznia 2015

Od Maxwell'a C.D. Taylor

Zaśmiałem się tylko pod nosem.
- Myślisz, że się boję... ? Myślisz, że JA się CIEBIE boję... ? - ruszyłem do niego jeżąc sierść.
- Jutro ma być kolejna porcja - wbił wzrok w ziemie warcząc.
- Ja mogę zawitać do was nawet jeszcze dzisiaj... - spojrzałem na niego podejrzanie.
Wilk zawrócił na swoje tereny. Ja mimo śmiałego wystąpienia w głębi duszy się naprawdę bałem... Ale nie o siebie...
- Idź do Omegi. Z nią będziesz bezpieczna - powiedziałem stanowczo.
- A Ty co zrobisz... ? - spojrzała na mnie ze strachem.
- Nie ważne - mruknąłem oschle - Idź... Do jutra powinienem wrócić...
- Idę z Tobą - postawiła na swoim.
- Nawet się nie waż - warknąłem - I ani słowa o tym co się wydarzyło Omedze. Zmyśl jej coś i powiedz, że potrzebujesz przenocować u niej... - uniosłem jej pysk - Trzymaj się - spojrzałem w jej oczy i zacząłem biec jak najszybciej w stronę miasta.
*Kilka godzin później*
Ta woń bólu, strachu, a zarazem radości i zwycięstwa... Tak, dotarłem tam gdzie miałem dotrzeć... Od razu ruszyłem do starych kumpli, zebrałem tych najwytrwalszych i najodważniejszych. Wytłumaczyłem o co chodzi i co będzie trzeba zrobić. Była to nie wielka grupka, ale potencjał był naprawdę wielki.
Po krótkiej rozmowie ruszyłem na tereny watahy, pit bulle miały wkroczyć jakieś 15 minut po moim wejściu, żeby wilki niczego się nie spodziewały.
*W watasze*
Stąpałem niepewnie przy granicach. Nagle naprzeciw mnie wybiegł czarny jak smoła wilk.
- Do alfy - warknąłem.
- O obiad dla tatusia się szykuje... - przeleciał po mnie wzrokiem.
- Prowadź do alfy - powtórzyłem stanowczo.
Zaśmiał się pod nosem i zaprowadził do dowódcy.
- O... Kto tu się zjawił... - zaśmiał się spoglądając na mnie.
- Mówiłem, że będę i jestem - spojrzałem na niego utrzymując bojową postawę - Jestem w tej samej sprawie... Masz zostawić moją sforę w spokoju.
- A co Ty sam zdziałasz... ? - przewrócił oczami.
- Sam? - uniosłem brew, wyczuwając zapach nadchodzącego stada pit bulli - Nie jestem sam - w trakcie wypowiadania ostatniego słowa psy weszły do jaskini.
 W oczach alfy dało się wyczuć przerażenie i było słychać ciche przełykanie śliny. Ale nadal próbował utrzymać dumną postawę.
- Zostaw naszą sforę - powtórzyłem stanowczo.
Zwierzę podeszło do mnie.
- Mówiłem jaki jest warunek - warknął.
- A ja mówiłem, żebyś zostawił moją sforę - zacząłem go okrążać - Nie zgadzasz się? W takim razie oni w ciągu pięciu sekund Cię rozszarpią... A Twoja wataszka nawet nie zdąży usłyszeć Twojego krzyku... Więc, zostawiasz Pack w spokoju i nigdy nawet nie wkraczacie na jego tereny, a my odejdziemy i zapomnimy o całej sprawie... To co... ? Jaka decyzja... ? - uniosłem podstępnie brew.
- Wygrałeś... - splunął na ziemie - A teraz wynoś się stąd! - zawył.
- Z miłą chęcią - westchnąłem - No, idziemy chłopaki...
Potem odprowadziłem znajomych i wróciłem na tereny sfory. Przy swojej jaskini spotkałem Taylor.
- Gdzie byłeś... ? Te wilki nic Ci nie zrobiły... ? - spojrzała na mnie z troską.
- Jakie wilki... O czym ty pleciesz... ? - uniosłem brew jakby to zdarzenie nigdy się stało.
- No te, które nas wtedy napadły... - opuściła uszy.
- Ja nic nie pamiętam... Może Ci się przyśniło... - westchnąłem.
Wolałem, aby ta sprawa nie ujrzała światła dziennego.

<Taylor? xd>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz