piątek, 16 stycznia 2015

Od Sanito

Dzisiejszy dzień był taki samy jak wszystkie. Słońce wstało, i zaczęło swoją wędrówkę po łuku nieba. Zaczynałem się zastanawiać, czy jemu to sie nie nudzi...Wciąż robić to samo... przez wieki....
"Wygaśnij"myślę."Będzie ci lżej... Wyjdziesz z tego zgubnego koła"...
 Życie stało się tak okropne, że zaczynam życzyć wszystkim śmierci... Dziwne. Moje dni też rozpoczynały sie i kończyły tak samo. Nie było wyjątków. Zaczynałem się zastanawiać, czy jedyną nowością jaka nastanie, jest śmierć... Jeśli tak, to będę ciągle wyczekiwał tego momentu...
 Ciekawe jak to jest. Żyjesz... Umierasz. Zapadasz się w ciemność? Nie istniejesz? Czy zaczynasz nowe życie po śmierci, co słyszę od innych... Jeśli tak, nie zniósł bym tego. Znowu wszystko od początku. Wieczne błędne koło. Poczekam na kolejną śmierć... I kolejną... Tak bez końca. I znowu nam się robi kolejne błędne koło. Życie składa się z samych błędnych kół. To jest to. Życie jest jednym wielkim błędnym kołem. Czyli...że.. śmierć też.Śmierć jest częścią życia... Czyli, że... Nigdy stąd nie wyjdę...
 Schowałem głowę w łapach, pełen rozpaczy... Ja już nie chcę istnieć. Miałem dość tych rozmyślań, głowa mi pęknie. To jest okropne. Jedno wydarzenie ciągnie kolejne... Zatacza krąg, aby zawrócić po następne... Zatacza koło - błędne koło. Przerażające. Przeszły mnie zimne ciarki.
 Nie chciałem myśleć o takich rzeczach. Chciałem się cieszyć życiem jak inni. Ale nie potrafiłem. I... nie chciałem. Bo wpadnę w błędne koło. Inni już tak mają... Ja chyba też.
 Prawie by było abym się zaśmiał. Ale nie z radości. To żałosne. Jestem żałosny.  Powinienem już dawno przyśpieszyć TEN moment, ale nie mam odwagi... Mimo iż chcę poznać śmierć, nie mogę... Ten przeklęty życiowy instynkt...
 Nie mogłem o tym myśleć. Jeszcze chwila a mógłbym stracić kontrolę nad sobą i ...
"Skręcić sobie kark" dokończyłem, szybko hamując łapami, bo zbyt ostro zsunąłem się po zboczu i jeszcze chwila a bym zaliczył stłuczkę z ziemią. Zdałem sobie sprawę, że z góry dochodzi jakiś szelest. To była sowa, ta sama którą widzę co dziennie. Już myślałem, że to nadzieja opuszczenia błędnego koła, jednak gdy każdy dzień odbywał się jej szelestem skrzydeł, nastała tylko jego nowa era.
 Kremowa płomykówka o nienaturalnie dużych złotych oczach jak monety, trzepotała skrzydłami, aż wyprzedziła mnie i zniknęła nad horyzontem. Płomykówki mają naturalnie oczy czarne jak dwa żuki.  To jakiś "magiczny" mix czy co...
 Nie wiedziałem gdzie zawędrowałem. Miejsce było mi obce, jak cały świat, więc nic przerażającego. Nie martwiłem się, że odejdę daleko od sfory. Bo:
Po pierwsze: nikt nie mówił, że godząc się na uczestniczenie w sforze, nie mogę sobie odejść gdzie dusza zapragnie.
Po drugie: nikt mnie nie zna, więc nikt nie ma powodu by interesować się moimi wędrówkami... No może oprócz Kory, ale ona jest pewnie zajęta swoimi PRAWDZIWYMI przyjaciółmi.
Po trzecie: W sforze nie organizują zbiórek na baczność, gdzie wykonują kolejno odlicz, więc nikt się nie skapnie, że mnie nie ma , a jak się skapnie, to nikt nie pośle za mną grupy poszukiwawczej - bo po co? Oni wiedzą, że mam własne życie, więc w rewanżu, że mnie zostawią na pastwę losu, ja ich też.
Zatrzymałem się i nasyciłem mózg krajobrazem, choć wiedziałem że ten obraz i tak zniknie na zawsze w mojej głowie - zaleje go lawina niepotrzebnych pytań, bądź pochłonie bezkresna pustka.


Bezkresne "żółte" stepy sygnalizowały, że porządnie oddaliłem się od sfory. Żaden pies nie odczuwałby tak silnej potrzeby oddalania się co jakiś czas od stada, jak ja. Wiem. Jestem dziwny. Z daleka dosłyszałem cienkie podłużne wycie rannego kojota. Spłoszył ptaki, które niczym czarne zadrapania na niebie, rozproszyły się wylatując za odległych drzew. Daleko, na horyzoncie, bure pchły galopowały stadem wzdłuż pasa szarych gór. Stado karibu wracało do swoich rodzinnych stron. Wilki zaraz zaczną polowanie. Radziłbym im się śpieszyć, jeśli nie chcą paść ofiarą rządnych krwi bestii.
 Długa do kolan drapiąca trawa zaszeleściła. Odwróciłem głowę, bo zdałem sobie sprawę, że to nie wiatr wprawił w ruch trawy. Przez gąszcze przedzierała się wysoka i szczupła suczka, widocznie nie zdająca sobie sprawy z mojego istnienia. Kolejne psisko odłączyło się od sfory - a myślałem, że pobędę sobie sam, Nie byłem wstanie określić jej koloru sierści - określenie okrytej cieniem wysokiego krzewu, za którym stała, było to nieosiągalne.
Pies zdał sobie sprawę, że ktoś tu jest. Zignorowałem ją, ale ona na ten ruch odpowiedziała.
- Nie udawaj, że mnie nie widzisz. Ktoś ty?
- Nikt ważny. - mruknąłem nie odwracając się.
< Suczka? >


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz