-O! Wziąłeś niechcący wersję o zapachu lawendy. - powiedziałam odkręcając wieczko czerwonego pudełeczka. Postawiłam je na pomarańczowym.
-Jest tu prócz tego coś potrzebnego? - terier próbował pomóc ustawiając maści kolorami.
-Tak. Tutaj mamy... Maść znieczulającą! - krzyknęłam zachwycona. -Nigdy wcześniej nie udało mi się jej zdobyć! - uśmiechnęłam się. -Uratowałeś sforę przed bólami podczas wszelkich operacjii.
-Jednak branie pierwszych z brzegu się opłaca. - odwzajemnił gest.
Nieco zajęło nam układanie i rozpoznawanie leków i gdyby nie pomoc ze strony pielęgniarki, byśmy nie wyrobili się z tym w dwie godziny.
-Dzięki. - posłałam terierowi szczery uśmiech. -Trzeba rozprostować kości... Przejdziesz się? - dodałam po chwili.
-Czemu nie. - powiedział. Przekazałam jeszcze Arii, że wychodzę i mogliśmy iść.
Powoli ruszyliśmy w stronę jeziora - znajdowało się ono wystarczająco blisko, żebym w przypadku pacjenta mogła dobiec do jaskini wystarczająco szybko.
Położyłam się u brzegu wody, a Max obok mnie. Pomimo pory zimowej świeciło słońce. Chłód mi nie przeszkadzał. Aria wciąż mnie nie wołała. Zaszło słońce i zastąpił je księżyc. Jedynie on oświetlał niebo. Powieki same mi się zamykały. Bym zasnęła, gdyby nie warknięcie.
Równocześnie zerwaliśmy się na nogi. Otoczyły nas wilki. Od razu zauważyłam szansę na ucieczkę, jednak nie udałoby się nam uciec razem. Tylko ja bym się wydostała. Max zauważając moje wahania domyślił się wszystkiego.
-Uciekaj, poradzę sobie. - powiedział popychając mnie lekko.
-Zwariowałeś?! Nie mam zamiaru się stąd ruszać, jeśli Ty masz zostać i z nimi walczyć. - spojrzałam mu prosto w oczy.
Chciał zaprotestować, ale wilki się na nas rzuciły.
<Max?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz