niedziela, 8 lutego 2015

Od Sanito CD Taylor

Zwróciłem twarz ku wylocie jaskini.Był irytująco piękny i słoneczny dzień. Psie łapy śmigały niczym błyskawice z towarzyszącym im szczenięcym śmiechem. Ostry promień słońca okuł mi pysk więc odwróciłem go w stronę łagodnego cienia, łapiąc niechcący spojrzenie Taylor. Zarumieniła się i odwróciła oczy. Westchnąłem.
- Dlaczego cię uratowałem, powiadasz? Otóż odpowiedź jest prosta. Spróbuj wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji: Widzisz rannego psa, czy podejdziesz i mu pomożesz, czy olejesz jego życie? Skoro życie jest krótkie i bezsensowne, jak dla mnie, to przynajmniej postaram się nie psuć go innym którzy odnaleźli w nim sens. Może i wyglądam na psa, którego mało co obchodzi, może i nie angażuje się w sprawy sfory, ale mam serce i nie jestem bezduszny. Postaraj się to docenić, ja wiem, że to trudne, ale dokonałem czterech niewinnych wilków aby uratować życie jednego ze swojego rodzaju.
- Nie takich niewinnych skoro poturbowały mnie - odparła Taylor unosząc dumnie uszy. Pokręciłem głową. Od jakiegoś czasu lepiej idzie mi z prowadzeniem rozmów. Odzywam się nie pytany pierwszy, a moje odpowiedzi nie ograniczają się do krótkich "Tak, Nie, Nie wiem" lub wzruszania ramionami. Znowu pokręciłem głową. To wszystko dzięki Korze. Kora, czy powinienem ci podziękować, w jakiś szczególny sposób?
Spojrzałem na suczkę w kącie, której mina wyrażała wielkie rozpacz i niezdecydowanie.
- Zaniosę cię do medyków - odparłem. - Oni będą wiedzieć co z Tobą zrobić.
- Nie! - wyrwało się Taylor, a ja rzuciłem jej zirytowane spojrzenie. - Nie mogę... Nie chcę aby ktokolwiek ze sfory mnie widział... Ja tu nie pasuję, to już nie jest mój dom...
- To co zamierzasz zrobić?! - mój głos lekko się podniósł. - Nie możesz odejść stąd bo nie masz jak! Brak ci siły, aby ustać na nogach!  Jedynymi twoimi wyborami jest posłuchanie się mnie i dacie się opatrzyć  medykom jeśli w ogóle chcesz przeżyć! A potem rób co chcesz!
- Tak? W takim razie wolę umrzeć! - suczka również podniosła głos. - Będę tutaj siedzieć i czekać na śmierć!
Zaczęła się wić w swoim miejscu, aż odwróciła się tyłem do przodu.
- Taylor.. - warknąłem. - Uwierz mi nie chcesz umrzeć. A co właściwie tak odtrąca cię od psów ze sfory?
Taylor zdrętwiała, jakby złapał ją skurcz nerwowy.  Wcisnęła łapy pod brzuch, zamglony wzrok wbiła w ziemię. Nie naciskałem, ale wciąż wpatrywałem się w nią wyczekująco. Kiedy otworzyła pyszczek, jej głos był łagodniejszy i smutniejszy.
- Ponieważ jest tam ktoś, przez którego wszystko się zmieniło. Proszę nie każ mi o tym mówić - jej głos zadrżał.
Milczałem. Po chwili wstałem i podszedłem do niej. Była zdziwiona. Podniosłem ją za jej srebrny wisiorek na szyi i usadowiłem ją sobie na plecach.
- Co do...?
Zanim dokończyła zdanie wybiegłem z jaskini. Zanosiłem ją do medyków.
<> <> <>
Wkroczyłem bez zastanowienia do jaskini medyków. Główny medyk, pies którego imienia nie znałem rzucił mi łagodne spojrzenie ze swojego konta.
Nic nie mówiąc ściągnąłem z pleców suczkę, która wiła się z niezadowolenia.
Medyk usadowił ją na legowisku wysłanym sianem i czym wie jeszcze. Zaczął ją badać z najwyższym skupieniem.
- To tylko parę zadrapań, ale suczka jest mocno osłabiona. Czy wiesz, może w jakiej sytuacji zaszedł wypadek?
Wzruszyłem ramionami.
- Aha - mruknął pies. Przepłukał jej rany, po czym podsunął wystrugane pazurami naczynie człowieko-podobne to psiej misy, w której zalegała gęsta śmierdząca miętą i czym wie jeszcze ciecz.
Taylor nawet nie spojrzała na naczynie ani nawet go nie powąchała. Uparcie odsunęła głowę.
Pies westchnął.
- Nie łatwo będzie. A Tobie co jest? - zapytał wpatrując się gwałtownie w szramę na mojej piersi.
- Nic poważnego - uciąłem krótko.
- Nalegam, może wdać się zakażenie.
- Nie - warknąłem. - Dziękuję.
- Słuchaj to może być poważna sprawa - wbił we mnie stanowczy wzrok. - Nie pozwolę to zignorować.
Pozwoliłem mu niechętnie odkazić ranę i obandażować.
- Czekać, aż się zasklepi - wydał rozkaz. - W razie problemu, przyjdź do mnie.
Nie żegnając się wybiegłem z jaskini.
W domu bez namysłu zdarłem bandaż z piersi. Nie będę na nic czekał, nie zależy mi. A właściwie, ta opaska mi przeszkadza.
Zaśmiałem się pod nosem. Jestem  bardziej ignorancki na swoim życiu od Taylor.
Rana na piersi wyglądała okropnie. Nie krwawiła już, ale wokół zrobił się paskudny fioletowy siniec. Piekło jak diabli. Zignorowałem to.
<> <> <>
Myśl aby odwiedzić Taylor, nękała mnie nocami. Ale niby dlaczego miałbym do niej pójść? Przecież znajduję się pod opieką medyków jak chciałem. Jednak musiałem sprawdzić czy ta wariatka nie ucieknie i nie żuci się znowu pod kły wilków.
< Tay? >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz