sobota, 7 lutego 2015

Od Sanito CD Taylor

Ten dzień jak zawsze nie różnił się niczym od innym. Poza jednym małym szczegółem który czasem mogę przeoczyć...
Nie mogłem siedzieć całymi dniami w jaskini, i rozmyślać. Chociaż propozycja była kusząca, zbyt wiele psów kręciło się w pobliżu.. Widziałem ich łapy, śmigające przez otwór... Długie, grube, małe, cienkie, łaciate lub płowe... To nie pasowało do mojego codziennego spędzania dnia... W samotności.
Jednak było coś co nie pozwalało mi dłużej siedzieć w miejscu... Oprócz śmigających kolorów i obrazów przed moim schronieniem, były jeszcze... dźwięki. Ciche ledwo słyszalne szepty, lub gwałtowne krzyki i odgłosy jednak te pojawiały się bardzo rzadko prawie nigdy, nie tak jak ten delikatny szum drzew, przyjemny i tak irytujący.
 Jednak jeden z nich zaskoczył mnie wieczorem. Wgapiony jak zawsze w pustą glebę pod brzuchem, wsłuchany w delikatny szept usypiającego lasu, usłyszałem krzyk. Suczy krzyk, wrzask, piskliwszy i bardziej cieńszy od psiego. Chciałem to zignorować, ale przypomniała mi się sytuacja z Korą... I nie mogłem tego tak zostawić. Pewien mądry pies zawsze tłumaczył mi, że dźwięki to ukryte wiadomości od świata... Aby je zrozumieć trzeba po prostu słuchać... Ale ja nie miałem czasu. Który i tak nie był mi potrzebny...
Wstałem. Przeciągnąłem się i wytrzepałem ciemną sierść. Wyszedłem z jaskini. Wszystko było odcienia granatu, którego nadzwyczaj nie lubiłem... Psuł moje prawa których tak dzielnie się trzymałem. Tylko czarne jest ciemne, jednak granat też jest ciemny i to wszystko psuło... Pokręciłem głową. Głupi jestem. Moja ukochana i znienawidzona sowa, kremowa płomykówka o nienaturalnie złoto-czarnych oczach i głowie w kształcie serca, usiadła na gałęzi, obserwując co teraz zamierzam zrobić. Jej wzrok był sarkastyczny, irytujący jakby chciała powiedzieć: " A cóż to się stało? Nagle przestałeś leżeć do góry brzuchem, co? " Warknąłem na nią, jednak ona uporczywie trzymała się swojego. Nie będę marnował czasu. Ruszyłem.
<> <> <>
Wśród tego ohydnego granatu dostrzegłem kształt. Poruszał się, niczym wielki masywny cień. Moje nozdrza wyłapały śmierdzący odór mokrej sierści. Uniosłem wargi ukazując psie kły. Wilki.
 Rzuciłem się basiora, zatapiając szczęki w jego parszywym karku. Ohydna ciecz wypełniła mi pysk, o lekko metalicznym smaku. Wilk zaskamlał po czym wykręcił się. Jego masywne szczęki o centymetr chybiły od mojego nosa. Splunąłem krwią po czym z warkotem położyłem przeciwnika, zaciskając pysk na jego gardle.
Zbiegli się kumple. Z pobliskich krzewów, z pomiędzy drzew... Otoczyli mnie. Chyląc nisko głowy ukazując łopatki, a nasz krąg wypełnił gardłowy warkot. Zaatakowałem pierwszy. Wilki nie są tak inteligentnymi istotami jak psy, których korzenie wychowały najmądrzejsze i najohydniejsze kreatury na świecie - ludzie. Nie wiedzą, że jednym ciosem w gardło, można uśmiercić przeciwnika na amen. Toteż wykorzystałem tę wiedzę, pokładając u swoich stóp martwe już zwłoki wilków.
 Rozprawa z nimi nie była męcząca. Młoda  i nie wyćwiczona wataha, przeciwko jednemu aczkolwiek wytrenowanemu psu. Nie miałem mięśni, ani kondycji. Ale miałem mózg (No, coś ty?).  Nie było ich dużo. Ale i ja nie obszedłem się bez strat. Podłużna szrama przez pierś, paskudnie krwawiła. Zignorowałem ją.
 Chciałem już pójść do domu, ale o czymś sobie przypomniałem... Po co tu przyszedłem? Aby pozabijać niewinne istoty i sobie pójść? Okropne. Nie jestem tyranem, mam jakiś powód by to zrobić. Ach tak. Dźwięki. Tajne wiadomości. Ktoś krzyczał...
Rozejrzałem się, ale nic w tym irytującym granacie nie dostrzegłem. Dopiero gdy wytężyłem karmelowe oczy, ujrzałem maleńką białą istotkę, skuloną na boku, lekko odznaczającą sie od tła. Mógł to był kamień ale nie... Bok istoty poruszał się. To oddychało.
Podszedłem śmiało. Zdałem sobie sprawę, że to pies - a konkretnie suka. Młoda, mała suka rasy Jack Russel Terier, której wcześniej nie znałem. Może należała do sfory, a może i nie...
Miałem dwa wybory i dwie konsekwencje wiążące się z tym.
Pierwsza:
Mogę odejść, i dać sobie spokój, zostawić psa na pastwę losu i wrócić do spokoju...
Jednak wtedy nie miałbym powodu na zamordowanie nielicznej czteroczłonkowej watahy wilków, i na pewno stałbym się tyranem.. A i wiąże się też z tym sumienie... Nie cierpię go, chętnie wyrzucił go bym ze swego ciała jak szalik w ciepłe lato.
Druga:
Mogę zabrać psa ze sobą. Miałbym powód do zabicia watahy. Jednak z tym wiąże się odpowiedzialność życia, gdyby umarła, była by to tylko i wyłącznie moja wina. A i musiałbym znosić obecność żywej istoty w moim otoczeniu.
Westchnąłem teatralnie. Jasny kształt przeleciał z szelestem i osiadł na gałęzi. Ta wstrętna kochana kremowa sowa..
Coś we mnie pękło, niczym kamień uderzony w kolorowy witraż. Rozpadłem się na małe kolorowe i ostre kawałki, jednocześnie tak piękne i smutne.
Wsadziłem sobie suczkę na grzbiet. Jęknęła. A więc żyła.Przestawiłem ją sobie za pomocą ruchu ciała, aby usadowiła się między łopatkami i nie spadła. Powędrowałem z powrotem zostawiając ten mały szczegół za sobą i wracając do codzienności.
<> <> <>
Nie robiłem nic z suczką. Usadowiłem ją w kącie jaskini i czekałem. Nie była ranna przynajmniej tak mi się wydawało, poza małymi zadrapaniami.
Czekałem.
Nie poinformowałem nikogo ze sfory o tym małym szczególe. Bo po co...
Jednak po jakimś czasie dopadło mnie całkowicie obce uczucie. Zaczęło ogarniać moje serce małymi kroczkami przejmując codziennie jego większą cześć.
Jakby to nazwać?
Korzeń paniki?
Zmartwienie.
Od tamtego czasu dużo polowałem. Nie jadłem, ale lubiłem jak moja jaskinia wypełnia się różną mieszaniną zapachów. Nie wiedziałem po co to robię. Coś mi mówiło, że przecież psy lubią jedzenie. Ale czemu chciałem je zachować?
Podczas powrotu do domu z polowania (aż nie mogłem uwierzyć, że w końcu ruszyłem się z jaskini) coś sprawiło, że te obce uczucie które ściskało moje serce w szponach, nagle puściło, a moje serce mogło odetchnąć tą swobodą i ulgą.
Suka poruszyła się.
Było to niczym pisklak wykluwający się z jajka. Najpierw się poruszyła. Przykucnąłem, aby móc się temu przyglądać. Potem jęknęła krótko, a jej idealny pyszczek skrzywił się. Powieki zamrugały nie unosząc się. W końcu się uniosły. Suczka otworzyła wielkie brązowe oczy, które tak intensywnie wbijały mi się w ciało, że aż poczułem szok.
Nigdy nie byłbym w stanie tego wymówić, co gorsza wyobrazić, ale..
Ten widok zostanie mi na dłużej w moich wspomnieniach.
Suczka zwróciła delikatnie słabe oblicze.
- G-gdzie, ja jestem? - padło pytanie. Przynajmniej nie próbowała wstawać. I dobrze.
Odwróciłem głowę, wpatrując się w przebiegające łapy za otworem. Suczka była daleko w kącie, pokryta cieniem więc przechodzący pies nie był w stanie jej zobaczyć.
- W sforze.
Suczka jęknęła przeciągle, mrużąc brązowe oczy.
- Jestem wyrzutkiem, nie chce tu być. Ja chcę stąd odeeejść...
Milczałem chwilę.
- Nikt cię nie zatrzymuje.
Suczka zamilczała a w jej oczach zaszkliły łzy. Dziwnym trafem nie ruszyło mnie to.
- Jednak trochę już przyzwyczaiłem się do twojej obecności. Nie każ mi zmieniać swojego znowu życia.
Wypadałoby się uśmiechnąć, jednak ja nie umiałem. Ogarnęło mnie nagłe obrzydzenie tym czynem więc mój pysk zastygł.
< Taylor? >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz